Kiedy słowo „okres” było zakazane – krótka historia menstruacyjnego tabu

Mam dla Ciebie zagadkę. Jest rok 1985. W amerykańskiej telewizji pojawia się reklama tamponów Tampax. Przed kamerą stoi młoda aktorka, patrzy prosto do widzów i mówi zdanie, które dziś raczej nikogo nie powinno zatrzymać na dłużej: „Czy Twoje życie zmienia się raz w miesiącu z powodu okresu?”.

Brzmi zwyczajnie. A jednak wtedy zwyczajne nie było.

Tą aktorką była Courteney Cox, czyli późniejsza Monica z „Przyjaciół”. Miała dwadzieścia jeden lat i prawdopodobnie nie zakładała, że występ w reklamie produktu menstruacyjnego zostanie po latach zapamiętany jako mały przełom kulturowy. A jednak tak się stało, bo ta reklama jest często przywoływana jako jedna z pierwszych sytuacji, w których w amerykańskiej reklamie telewizyjnej padło wprost słowo „okres”. Bez eufemizmów, bez omijania tematu, bez mówienia o „tych dniach”, „niedyspozycji”, „tym specyficznym czasie w miesiącu” i całej tej marketingowej gimnastyce, która przez dekady miała ukryć coś, o czym przecież wszyscy wiedzieli.

Żeby zrozumieć, dlaczego jedno proste słowo mogło być tak znaczące, trzeba cofnąć się dużo dalej niż do lat 80. Bo menstruacyjne tabu nie zaczęło się od reklam. Reklamy tylko bardzo dobrze pokazały, jak głęboko było już w nas wdrukowane.

Zanim miesiączka stała się tematem do szeptania

Łatwo pomyśleć, że wstyd wokół miesiączki był z nami od zawsze. Że dziewczynki „od zawsze” uczyły się chować podpaskę w rękawie, kobiety „od zawsze” mówiły półgłosem w aptece, a określenia w stylu „mam te dni” powstały po prostu dlatego, że tak jest delikatniej. Kiedy jednak spojrzy się na historię szerzej, widać, że stosunek do kobiecego ciała zmieniał się wraz z kulturą, religią, medycyną i społecznymi wyobrażeniami o tym, czym kobiecość powinna być.

W najdawniejszych przedstawieniach kobiecego ciała nie znajdziemy jeszcze tego współczesnego skrępowania. Figurki paleolityczne, takie jak Wenus z Willendorfu, przez lata interpretowano jako symbole płodności, kobiecości, obfitości albo siły związanej z dawaniem życia. Oczywiście nie możemy z pełną pewnością powiedzieć, co dokładnie myśleli ludzie, którzy je tworzyli. Nie zostawili nam przypisów ani instrukcji obsługi tych obiektów. Możemy jednak zauważyć, że ciało kobiety nie zawsze było przedstawiane jako coś, co należy ukryć, zawstydzić albo wymazać z rozmowy.

W wielu dawnych kulturach menstruacja była łączona z cyklicznością natury, płodnością i rytmem życia. W starożytnym Egipcie kwestie związane z kobiecym zdrowiem, płodnością i miesiączkowaniem pojawiały się w tekstach medycznych, co pokazuje, że cykl był traktowany jako część zdrowia, a nie wyłącznie jako obyczajowy problem. Nie oznacza to oczywiście, że dawne kultury były dla kobiet idealne albo wolne od kontroli nad kobiecym ciałem. Byłoby to zbyt proste. Ale warto zobaczyć, że wstyd, jaki dziś tak często towarzyszy menstruacji, nie jest biologicznym faktem. Jest opowieścią, którą społeczeństwa przez długi czas powtarzały na różne sposoby.

Skąd wziął się lęk przed menstruacją?

Jednym z ważnych źródeł menstruacyjnego tabu w kulturze Zachodu była tradycja religijna i język rytualnej czystości. W Starym Testamencie pojawiają się przepisy dotyczące menstruującej kobiety i kontaktu z nią. Warto mówić o tym precyzyjnie: dawna „nieczystość rytualna” nie zawsze oznaczała dokładnie to samo, co współczesne „brudne” czy „obrzydliwe”. Była kategorią religijną, związaną z określonym porządkiem rytuałów. Problem polega na tym, że przez kolejne epoki podobne wyobrażenia bardzo łatwo przenikały do codziennego myślenia o kobiecym ciele.

Z czasem miesiączka zaczęła być traktowana nie jako normalny proces fizjologiczny, ale jako coś kłopotliwego, niepożądanego i wymagającego ukrycia. Kobieta miesiączkująca w wielu społecznościach była odsuwana od praktyk religijnych, życia wspólnotowego albo pewnych codziennych aktywności. Wokół krwi menstruacyjnej narastały przesądy, lęki i zakazy. Mówiono, że menstruująca kobieta może zniszczyć plony, zepsuć jedzenie, osłabić mężczyznę albo wnieść do domu coś nieczystego. Dziś brzmi to absurdalnie, ale przez wieki takie przekonania kształtowały sposób, w jaki dziewczynki i kobiety uczyły się myśleć o własnym ciele.

I właśnie to jest ważne: wstyd nie pojawił się nagle. Nie spadł z nieba razem z pierwszą miesiączką. Był przekazywany przez język, wychowanie, religię, obyczaje, medycynę i później także reklamę. Jedno pokolenie uczyło drugie, że o okresie lepiej nie mówić za głośno. Że trzeba go sprawnie ukryć. Że dobra kobieta radzi sobie tak, aby nikt nie zauważył.

Reklamy, które udawały, że miesiączka nie ma koloru

Kiedy w XX wieku produkty menstruacyjne zaczęły pojawiać się w masowej sprzedaży, można by pomyśleć, że temat miesiączki wreszcie stanie się bardziej normalny. Skoro są podpaski, tampony, opakowania, półki sklepowe i kampanie reklamowe, to przecież trzeba jakoś powiedzieć, do czego te produkty służą. A jednak przez długi czas mówiono o tym tak, żeby nie powiedzieć prawie nic.

W Stanach Zjednoczonych reklamy środków higieny menstruacyjnej przez lata nie mogły być swobodnie emitowane w telewizji i radiu. Kiedy w 1972 roku zniesiono formalne ograniczenia, nie oznaczało to jeszcze, że menstruacja naprawdę weszła do publicznej rozmowy. Reklamy nadal były ostrożne, wygładzone i pełne uników. Zamiast krwi pojawiał się niebieski płyn. Zamiast bólu, zmęczenia czy lęku przed przeciekaniem — uśmiechnięte kobiety w białych spodniach, które wyglądały, jakby okres był jedynie drobnym testem skuteczności produktu.

Ten niebieski płyn stał się symbolem większego problemu. Pokazywał, że można reklamować podpaskę, ale niekoniecznie można pokazać rzeczywistość, z którą ta podpaska ma cokolwiek wspólnego. Można mówić o chłonności, świeżości i pewności siebie, ale lepiej nie mówić o krwi. Można obiecać kobiecie, że nikt niczego nie zauważy, ale niekoniecznie zapytać, jak ona się czuje. Reklama nie próbowała więc oswoić miesiączki. Raczej pomagała utrzymać układ, w którym menstruacja istnieje, ale powinna być niewidoczna.

W tym kontekście zdanie wypowiedziane przez Courteney Cox w 1985 roku naprawdę miało znaczenie. Nie dlatego, że od razu zburzyło tabu. Nie zburzyło. Po tej reklamie nadal przez lata pokazywano miesiączkę w sposób oderwany od doświadczenia wielu kobiet (do teraz tak jest). Ale samo użycie słowa „okres” było sygnałem, że temat można nazwać prościej. Bez teatralnego zawstydzenia. Bez wrażenia, że mówimy o czymś niestosownym.

„Va-jay-jay”, czyli jak telewizja omijała kobiecą anatomię

Kilka dekad po reklamie Tampaxu popkultura nadal miała problem z używaniem pojęć związanych z fizjologią kobiecego ciała po imieniu. Dobrym przykładem są „Chirurdzy”, czyli serial medyczny, w którym lekarze przez kilkadziesiąt minut potrafią rozmawiać o krwi, operacjach, narządach, śmierci i seksie, ale jedno słowo okazało się dla telewizyjnych standardów zbyt trudne. W 2006 roku, w drugim sezonie serialu, Shonda Rhimes chciała użyć słowa „vagina”, jednak osoby odpowiedzialne za standardy emisji w ABC nie chciały dopuścić go na antenę. Rozwiązaniem stało się „va-jay-jay” — eufemizm, który w serialu wypowiada Miranda Bailey podczas porodu i który szybko wszedł do popkultury.

Najciekawsze nie jest jednak samo słowo, tylko podwójny standard, który za nim stał. Ellen Pompeo wspominała po latach, że Rhimes pytała wtedy: skoro w jednym odcinku można powiedzieć „penis” dziesiątki razy, dlaczego nie można powiedzieć „vagina”? I właśnie w tym napięciu widać sedno tabu. Męska anatomia mogła być neutralnym, medycznym terminem. Żeńska anatomia wciąż wymagała obejścia, żartu albo zdrobnienia, jakby jej nazwanie było bardziej nieprzyzwoite niż sama rzeczywistość, o której opowiadał serial.

A jak było w Polsce?

W Polsce reklamy produktów menstruacyjnych pojawiły się w telewizji dopiero na początku lat 90. Dla dzisiejszych nastolatek może to brzmieć jak zamierzchła przeszłość, ale dla wielu kobiet to historia całkiem bliska. To czas ich dzieciństwa, dorastania albo wczesnej dorosłości. Czas, w którym w domach nadal używało się waty, ligniny albo podpasek, które z dzisiejszej perspektywy trudno byłoby nazwać wygodnymi. Czas, w którym o okresie często mówiło się bardzo mało, a wiedza dziewczynek zależała od tego, czy mama, starsza siostra, koleżanka albo nauczycielka potrafiły poruszyć temat bez zawstydzania.

Pierwsze reklamy podpasek budziły więc emocje nie dlatego, że pokazywały coś wyjątkowo odważnego, ale dlatego, że w ogóle wprowadzały ten temat do salonu. Nagle produkt związany z miesiączką pojawiał się w przerwie między programami, kiedy przed telewizorem siedziała cała rodzina. Dla części osób było to niezręczne, dla innych śmieszne, dla jeszcze innych nie do przyjęcia. Sama podpaska nie była problemem. Problemem było to, że coś dotąd schowanego stało się widoczne.

Warto zatrzymać się przy tym na chwilę, bo ta reakcja mówi dużo o kulturze, w której dorastałyśmy. Jeśli reklama zwykłego produktu higienicznego mogła wywoływać zgorszenie, to co dopiero rozmowa o bólu miesiączkowym, obfitym krwawieniu, endometriozie, pierwszej miesiączce albo menopauzie? Przez długi czas kobiece doświadczenia cielesne mieściły się w przestrzeni prywatnej, ale nie w publicznym języku. Można było je przeżywać, ale lepiej nie nazywać ich zbyt wyraźnie.

Wstyd, którego uczymy się bardzo wcześnie

Menstruacyjne tabu nie działa tylko na poziomie wielkich religijnych narracji czy historii reklamy. Ono wchodzi w codzienność dużo ciszej. Dziewczynka dostaje pierwszą miesiączkę i często zanim zdąży dobrze zrozumieć, co się wydarzyło, już uczy się, że trzeba uważać. Żeby nikt nie zobaczył plamy. Żeby nikt nie usłyszał szelestu podpaski. Żeby nie powiedzieć chłopakom. Żeby nie przesadzić z narzekaniem, bo „każda przez to przechodzi”.

Później ten sam schemat przenosi się w dorosłość. W pracy łatwiej powiedzieć, że boli brzuch, niż że pierwszy dzień miesiączki jest tak trudny, że trudno skupić się na spotkaniu. W torebce podpaska bywa wsunięta w boczną kieszeń tak, jakby była czymś kompromitującym. Niby wiemy, że to normalne, ale ciało pamięta wcześniejszą lekcję: nie mów za dużo, nie pokazuj, nie rób z tego tematu.

Ten wstyd ma też konsekwencje zdrowotne. Jeśli dziewczynka uczy się, że miesiączka jest czymś krępującym, trudniej jej później powiedzieć, że ból jest naprawdę silny. Jeśli przez lata słyszy, że „taka jej uroda”, może zbyt długo nie szukać pomocy. Jeśli miesiączka ma być przede wszystkim ukryta, to mniej miejsca zostaje na pytanie, czy jest prawidłowa, czy nie jest zbyt obfita, czy cykl nie wymaga konsultacji, czy ciało nie wysyła ważnego sygnału.

Co zmienia się dzisiaj?

Na szczęście język wokół menstruacji powoli się zmienia. Coraz więcej mówi się o ubóstwie menstruacyjnym, czyli sytuacji, w której osoby miesiączkujące nie mają stałego dostępu do podpasek, tamponów, kubeczków menstruacyjnych czy bezpiecznych warunków higienicznych. W szkołach, urzędach, instytucjach i miejscach pracy pojawiają się różowe skrzyneczki oraz darmowe produkty menstruacyjne. Organizacje społeczne prowadzą edukację, zbiórki i kampanie, które pokazują, że okres nie jest luksusem ani prywatnym problemem, tylko częścią zdrowia publicznego.

Zmienia się też sposób, w jaki rodzice rozmawiają z dziećmi. Coraz częściej pierwsza miesiączka nie jest już tematem odkładanym na ostatnią chwilę, aż „samo wyjdzie”. Dziewczynki mogą usłyszeć wcześniej, co wydarzy się z ich ciałem, jak wygląda krew menstruacyjna, czym różnią się produkty higieniczne i kiedy warto powiedzieć dorosłemu, że coś boli albo niepokoi. Chłopcy również coraz częściej są włączani w tę rozmowę, zamiast dorastać w przekonaniu, że okres to tajemnicza „kobieca sprawa”, z której można żartować, ale której nie trzeba rozumieć.

To nie znaczy, że tabu zniknęło. Wciąż wiele osób ścisza głos, mówiąc o miesiączce. Wciąż ból menstruacyjny bywa bagatelizowany. Wciąż reklamy potrafią pokazywać okres bardziej jako problem z dyskrecją niż realne doświadczenie ciała. Ale kierunek zmiany jest ważny, bo każde normalne zdanie o miesiączce odbiera trochę siły dawnemu wstydowi.

Dlaczego warto mówić wprost?

Mówienie o okresie nie oznacza, że musimy opowiadać o swoim ciele każdemu i wszędzie. Intymność nadal ma znaczenie. Chodzi raczej o to, żeby menstruacja przestała być tematem, który automatycznie uruchamia skrępowanie, żart albo milczenie. Można mówić o niej spokojnie, rzeczowo i z szacunkiem, tak jak mówi się o śnie, trawieniu, bólu głowy czy zmęczeniu.

To ważne również dlatego, że miesiączka bywa jednym z sygnałów zdrowia. Regularność cyklu, nasilenie bólu, obfitość krwawienia, plamienia, samopoczucie przed okresem i w jego trakcie — to wszystko może mówić coś o organizmie. Jeśli kultura uczy nas, że okres trzeba przede wszystkim ukryć, łatwo przegapić moment, w którym warto poprosić o pomoc.

Dlatego zamiast kolejny raz udawać, że miesiączka nie istnieje, możemy mówić o niej normalnym językiem. Możemy powiedzieć „mam okres”, zamiast szukać neutralnego kodu. Możemy zapytać bliską osobę, czy potrzebuje ciepła, odpoczynku, leków przeciwbólowych albo po prostu spokoju. Możemy uczyć dzieci, że krew menstruacyjna nie jest niczym brudnym, a produkty menstruacyjne nie są powodem do wstydu. Możemy też same dawać sobie więcej łagodności, kiedy ciało wyraźnie prosi o zwolnienie.

Bo menstruacja nie jest klątwą, karą ani czymś, co trzeba przeżyć w milczeniu. Jest częścią życia wielu osób. Czasem neutralną, czasem trudną, czasem bolesną, czasem wymagającą diagnostyki. Ale na pewno zasługującą na język, który nie zawstydza.

Mały dopisek na koniec

W 2022 roku Courteney Cox wróciła do swojej reklamy z lat 80. i nagrała jej parodię — tym razem o menopauzie. Podpisała ją krótko, że jej reklama wymagała aktualizacji. Jest w tym coś bardzo trafnego, bo rozmowa o kobiecym ciele nie kończy się na pierwszej miesiączce ani na wyborze podpasek czy tamponów. Potrzebujemy języka także dla menopauzy, suchości pochwy, uderzeń gorąca, bólu, napięcia, zmęczenia i wszystkich tych doświadczeń, które przez lata spychano do szeptu.

Może właśnie na tym polega zmiana: nie na tym, że każda rozmowa o ciele musi być głośna i publiczna, ale na tym, że nie musi już być zawstydzona.

About the author

Wymyśliłam, zaprojektowałam i tworzę naturalne termofory z pestek wiśni w idealnym kształcie. Dopasowują się do ciała i przynoszą ulgę dokładnie tam, gdzie trzeba :)